niedziela, 27 listopada 2016

Droga Artysty wg Julii Cameron - # 05

Kolejny dzień - post #5

W ramach wzmożonej kreatywności, jaką powinno wywoływać poranne wyrzucenie wszystkich swoich myśli na papier, postanowiłem notować także tutaj przynajmniej te, które wydały mi się interesujące. Zapisałem dzisiaj swoją porcję papieru, a przy okazji zmierzyłem czas. Zajęło mi to ok. 25 minut, a więc mniej niż potrzeba na poranną, nieśpieszną kawę.

Pierwszy pomysł, będący wynikiem porannego zapełniana 3 kartek notatnika jest taki, że powinienem kontrolować słowa jakich używam i ćwiczyć jak powiedzieć to samo bez negatywności. Zwracam na to uwagę od paru lat, od kiedy przebrnąłem przez lekturę Miguela Ruiz, czyli Cztery umowy, Ścieżka Miłości, oraz ostatnią Piąta Umowa. Pierwsza książka, Cztery umowy to unikalny przewodnik po drodze do prawdziwej wolności i harmonii. Pozwala odkrywać źródła podświadomych przekonań i zachowań, które bardzo nas ograniczają i odbierają możliwą prawdziwą radość życia. Będąc wnukiem szamana, autor opiera się na mądrości starożytnych Tolteków. Podaje wiele skutecznych sposobów, które dzień po dniu mogą odmienić Twoje życie. Jego proste zasady są niby oczywiste, a jednak często pozostają długo nieuświadomione. Don Miguel uczynił je umowami, które każdy z nas powinien zawrzeć ze sobą. Wszystkie cztery, stosowane równolegle na co dzień, to klucz do szczęścia i spokoju ducha. Książka otwiera nam szeroko oczy. Dobrze dla lepszego zrozumienia przeczytać ją kilka razy, bo naładowana jest ważnymi myślami. Pozostałe pozycje tego autora pogłębiają tematy poruszone w pierwszej.
Wracając do pomysłów chodzi w tym pierwszym o to, co wspominałem już zresztą w poprzednich postach, że każda nasza myśl ma potencjał zamanifestowania się w naszym życiu. Szczególnie te powtarzające się, oraz te wypowiedziane głośno. Te zapisane słowa mają jeszcze większą moc i tendencję stawania się ciałem. Muszę więc uważać. To nie jest wskazanie mojego wewnętrznego cenzora, ale zalecenie serca, aby nieumyślnie nie zrobić sobie krzywdy. Poranne Pisanie będzie więc okazją do przeanalizowania występujących w nich prawidłowości. Moje myśli są przecież wyrazem wzorców i przekonań, jakie kierują moim postępowaniem. Jeśli one nie służą mi więcej dobrze, to czas je zmienić.

Drugi pomysł to potrzeba nadania imienia swojemu wewnętrznemu krytykowi. Na początek potrzebuję czegoś co ma jednocześnie konotację, z którą rezonuje moja podświadomość, a przy tym słowo bez oczywistego znaczenia, szczególnie negatywnego. Julia Cameron nazwała swojego Nigel. Zastosowanie egzotycznie brzmiącego imienia to też dobra taktyka. Mój został właśnie nazwany Kusioł. Oczywiście natychmiast stwierdził i nie omieszkał tego podpowiedzieć, jak głupio to brzmi. Cóż z tego! Jak powiedziałem, tak będzie. Nie pomogą tutaj żadne odwołania do wyższych instancji. Nie muszę przecież nic uzasadniać odnośnie swojego wyboru. Mój cenzor jest uparty, jest nudnym, marudnym przypominaczem o obowiązkach wynikających z etyki, społecznych praw i wzorców. Chce, bym postępował według wcześniej ustalonych wzorów, i broń Boże nie wybiegał w żadną stronę ze stada. Taka jego rola. To w końcu mój GPS, biologiczny komputer, jako prezent urodzinowy od Wielkiego Stwórcy. Został zaprogramowany przez moich rodziców, rodzeństwo, system szkolny, lekcje religii, kolegów i koleżanki, telewizję, radio i jest wypadkową wszystkich mądrości, jakie wbito mi do głowy. To oni stworzyli mojego Cenzora i teraz sam mogę korygować swoją drogę krocząc przez życie. Wiemy dobrze jednak wszyscy, że każdy GPS poprowadzić może tylko tam, gdzie istnieje wszystkim znana mapa. Nawet wtedy potrafi wyprowadzić nas w krzaki i absolutnie nie przyzna się do tego, że jest zagubiony. Bezkrytyczna wiara w jego mądrość może zgubić nas samych, gdyż gadżet, który miał być tylko rekwizytem, igłą kompasu w drodze przez życie zbudował sobie przekonanie, że jest moim ciałem, duszą i sercem. Nie pytając ich o zdanie ma ambicje wzięcia ich w posiadanie, a nawet niewolę. Wszystkie wirusy w programie GPS budują zarozumiałe i czułe na najmniejszą krytykę Ego. Podobnie jest przecież z władzą w każdym państwie. Teoretycznie miało być ślicznie, a wyszło tak jak zwykle. Mieliśmy wybrać przedstawicieli, którzy będą pilnować interesów wyborców. Najlepsi z nich utworzą rząd. W 5 minut po wyborach ich myślenie diametralnie się zmienia i szybciutko zaczynają uważać, że to oni są narodem, są państwem. To ich potrzeby są najważniejsze. Może to i racja. Przecież zostali wybrani i faktycznie są wybrańcami!

Mój Kusioł to także perfekcjonista. Ten rodzaj osobowości u ludzi ma trudności z posuwaniem się w życiu naprzód. Myślą oni, że ich poczucie etyki w każdej dziedzinie życia wymaga stosowania wysokich standardów. Podjęli postanowienie trzymać się ich, aby nie być potępionym. Mam nadzieję, że program Cameron, jaki właśnie stosuję pozwoli rozmiękczyć bardziej tego wewnętrznego perfekcjonistę. Z założenia i definicji nie istnieje nieprawidłowa forma Porannego Pisania. Muszę więc przyjąć do wiadomości uwagi płynące z tendencji do bycia perfekcjonistą, ale robić swoje. Folgowanie sobie, posługując się tu ulubionym określeniem z Drogi Wojownika Miguela Ruiza, może sprawić mniej rygorystyczne podchodzenie do konieczności zapisania 3 stron każdego ranka. Jeśli zrobię mniej niż 7 na tydzień, to efekty końcowe będą odpowiednio mniejsze. Muszę nadrabiać samo-motywacją brak grupy wsparcia, bo jak dotąd robię to sam. Powinienem znaleźć sposoby, aby ominąć chęć znalezienia wymówek ułatwiających drogę na skróty, czy ulżenia wysiłkowi. Te wymówki to kłamstwa, oszukiwanie samego siebie. Pretenduję, że są ważnymi powodami, aby odłożyć obowiązki na później.

Wewnętrzny Cenzor jest częścią mnie i nic nie da otwarta walka z nim, albo nienawiść. Potrzebuję go oswoić, udomowić tak jak wszystkie inne swoje diabły. Przykładem są tu pierwotne instynkty, które znakomicie pomagają w przetrwaniu, ale pozostawione dziko samym sobie mogą, jak nieokiełzany koń, ponieść nas daleko od drogi, którą chcemy kroczyć. Mój Kusioł rośnie wraz ze mną i robi się coraz bardziej przewrotny w miarę jak uświadamiam sobie jego istnienie i jego rolę. Już teraz słyszę bez końca szept, że powtarzam się, kręcę się w kółko jak szczeniak goniący za własnym ogonem, że posty stają się zbyt osobiste, że i tak nikogo to nie interesuje. Trudno, bo przecież nie robię tego dla innych, a najpierw dla siebie, dla własnego rozwoju. Mój Cenzor podobnie jak wszystkie wychowawcze wysiłki moich rodziców ma dobre intencje. Chce przecież, abym się rozwijał i był kimś. Niestety dobrymi intencjami jest przecież wybrukowane piekło. Nieustanne klapsy od niego, otrzymywane przy każdej, często niespodziewanej okazji bolą i znieczulają chęci wykazania kreatywności. Podczas Porannego Pisania mój Kusioł ma stać z boku i nie wtrącać się. To czas kiedy ja stawiam go do kąta i na ten moment odmawiam mu wszelkich uprawnień.
O wyciąganych kartach napiszę jutro.